Już nie wiem, kim jestem
Nie krzyczę. Już nawet nie płaczę. Boję się. I milczę. Jak ktoś, kto dawno przestał wierzyć, że coś jeszcze się zmieni.
Na początku myślałem, że to minie. Że to tylko trudniejszy czas. Że każdy związek ma swoje cienie. Tłumaczyłem ją. Przed sobą. Przed innymi. Przed własnym sumieniem.
Ale teraz siedzę w kuchni i nie potrafię spojrzeć na siebie w lustrze.
Bo ile razy można słyszeć, że się zdradza, kiedy się nikogo nie zdradza?
Ile razy można przysięgać wierność, kiedy nikt już nie wierzy?
Ile razy można słuchać: "Spakuję się i odchodzę. Zobaczysz, pożałujesz."
Ile razy można się tłumaczyć, że wiadomość od koleżanki to służbowy temat, nie romans?
"Z kim pisałeś?", "Znowu byłeś tam specjalnie, żeby się z nią zobaczyć!", "Wszystko przez ciebie!", "Już mam tego dość – rozwód!"
Codziennie. Bez przerwy. Nieważne, co zrobię. Nieważne, że wracam prosto z pracy, że z nikim się nie spotykam, że nie mam siły nawet myśleć o czymś innym. Nieważne, że choruję, że boli mnie głowa, że duszę się własnymi myślami. I tak będzie kłótnia. I tak wrócą stare sprawy sprzed lat. I tak usłyszę, że nie jestem wystarczający. Że zawiodłem. Że ona przez mnie się zmarnowała.
Już nie rozmawiamy o niczym. Tylko o zdradach, których nie było.
Tylko o domysłach, podejrzeniach, insynuacjach.
Każde moje słowo jest bronią, każde milczenie – też.
Nie mogę wyjść. Bo "po co?", "z kim?", "czemu tak długo?", "czy ona tam będzie?"
Nie mogę mieć znajomych, których lubię. Muszę "polubić" tych, których ona wybiera.
Mam siedzieć. W domu. Cicho. Jak pies, który boi się, że znów usłyszy wrzask.
I słyszę:
"Nie nadajesz się na męża."
"Żałuję, że ci zaufałam."
"Wykończysz mnie, a dzieci zabiorę."
A ja? Już nawet się nie bronię. Już nie mam siły.
Czasem tylko patrzę w ścianę. I nie wiem, kiedy ostatni raz byłem sobą.
Czuję się, jakbym tonął, a nikt tego nie widział.
Bo przecież jestem facetem. Mam być twardy. Mam „dać radę”.
Ale nie daję.
Milczenie boli najbardziej
I najgorsze w tym wszystkim?
Nie bardzo jest z kim o tym pogadać.
Znajomi mają swoje życie, swoje troski, swoje dramaty.
Nie chcę się narzucać, nie chcę być ciężarem.
Nie chcę być „tym facetem, który znowu jęczy”.
Więc milczę.
Zamykam się w sobie. Krok po kroku. Tydzień po tygodniu.
Czasem myślę, że już niczego nie potrzebuję.
Dzieci dorosłe. Mają własne życia, własne domy, własne sprawy.
Nie chcę przeszkadzać. Nie chcę nikomu się narzucać.
I w końcu zostaje tylko jedno uczucie:
Może mój czas już się skończył.
Może po prostu trzeba się odsunąć. W cień. Bez słowa. Bez hałasu.
Zniknąć powoli. Cicho. Tak, jak cicho umiera dusza, gdy nikt jej nie widzi.
To tylko słowa. Ale może ktoś je przeczyta i zrozumie, że to się dzieje.
Codziennie. Obok. W ciszy, w ścianach, w spojrzeniach.
