A ty nadal masz chusteczki?
Deszcz zacinał pod wiatr. Taki, który kładzie parasole, wpycha chłód pod płaszcz, zmusza do biegu. Miała wracać inną trasą, ale autobus nie przyjechał. Może to zbieg okoliczności, może coś więcej. Ale właśnie tego dnia, właśnie na tym chodniku – zobaczyła go.
On też szedł pod wiatr. Bez pośpiechu. Z tym samym spokojem, który zapamiętała. Z twarzą może bardziej surową, z oczami ciemniejszymi niż kiedyś – ale to był on. Ten sam, który kiedyś podał jej chusteczkę, gdy nie miała siły udawać, że wszystko gra.
Zatrzymali się w tym samym czasie. Ona zamarła – nie ze strachu, nie z niepewności, tylko z nadmiaru wszystkiego. On – jakby czekał na ten moment od lat.
Nie było dramatycznych słów. Nie rzucili się sobie w ramiona. Ona miała zbyt wiele blizn, on – zbyt wiele ostrożności. Ale coś się wydarzyło. Coś miękkiego. Coś cichego.
– A ty nadal masz chusteczki? – zapytała z uśmiechem przez łzy.
On sięgnął do kieszeni. Wyjął jedną, jak wtedy. Podał jej. Bez słowa.
Przyjęła ją, ale nie otarła łez od razu. Patrzyła na niego długo. Jakby chciała upewnić się, że to nie sen. Że naprawdę jest. Że to nie przeszłość, tylko teraźniejszość. Może nawet przyszłość – ale tego nie wypowiedziała na głos.
– Dziękuję, że byłeś… wtedy. Nawet gdy cię nie widziałam.
Skinął głową. Jakby nie potrzebował wyjaśnień. Jakby wszystko już zostało powiedziane, nawet bez słów.
– Zawsze byłem. Po prostu z daleka. – powiedział cicho. – Ale zawsze.
Stali jeszcze chwilę, zanim deszcz przypomniał, że świat nie zatrzymał się dla nich. Oboje z innym ciężarem na sercu niż przed chwilą – lżejszym. Ona ruszyła w swoją stronę. On w swoją.
Nie było potrzeby, by pytali, co dalej. Bo to, że się spotkali – teraz – znaczyło więcej niż wszystko, co ich rozdzieliło.
